Pięciu kierowców, pięć historii, jeden cel

Przerwa wakacyjna sezonu 2026 powoli dobiega końca, a to oznacza, że na nowo rozgorzeje walka o to, kto w grudniu zostanie najlepszym kierowcą na świecie. Po rewelacyjnej pierwszej połowie sezonu w wykonaniu Mercedesa, a w szczególności Kimiego Antonellego, do głosu zaczynają dochodzić inni kierowcy, ponieważ ostatnie pięć weekendów wyścigowych to pięciu różnych zwycięzców. Pomimo że w dalszym ciągu matematycznie największe szanse ma właśnie Włoch, goniąca czwórka nie powiedziała jeszcze ostatniego słowa. Pięciu kierowców i pięć różnych rodzajów presji – kto udźwignie ją najlepiej?

Faworytem jest Kimi Antonelli

Kimi Antonelli już od startu sezonu swoją postawą zaskoczył wszystkich. Pierwsze zwycięstwo w Chinach było dopiero początkiem niesamowitej passy pięciu wygranych z rzędu, w tym aż czterech z pole position. 19-latek udowadnia, że nie jest już zastępcą Lewisa Hamiltona, ale kompletnym kierowcą gotowym walczyć o najważniejsze trofeum. Przed nim jednak ogromne wyzwanie poradzenia sobie z presją utrzymania pozycji „faworyta”. Jak sam podkreśla miniony sezon był dla niego szkołą życia, gdzie nauczył się jak rozpoznawać swoje reakcje i jak na nie reagować. Przyznaje, że bardzo zmieniło to jego jako kierowcę, ale też jako człowieka, a presja, która niemal zniszczyła go w minionym roku, teraz zdaje się go nie dotykać. Kimi stanie jednak przed zadaniem, z jakim do tej pory nie miał jeszcze do czynienia. Do rywalizacji powraca jako niekwestionowany lider klasyfikacji generalnej, bo jego przewaga nad drugim Lewisem Hamiltonem wynosi aż 50 punktów. Formuła 1 nie raz już jednak pokazała, że żadna przewaga nie jest bezpieczna, a jeśli dojdzie do tego jeszcze fakt dość dużej zawodności samochodów, które muszą przyzwyczaić się do nowych regulacji, powstaje sytuacja, w której nikt nie powinien czuć się w pełni bezpiecznie. Kimi jednak pokazał, że nawet porażka nie jest mu straszna i potrafi się po niej podnieść jeszcze silniejszy. Udowodnił to między innymi na Silverstone, gdzie szaleńczo walczył o jeden punkt, pokazując, że niczego nie bierze za pewnik i do końca ma zamiar bić się o zwycięstwa. Pomimo porażki w Wielkiej Brytanii, do Belgii pojechał z „czystą głową”, zdobył pole position, a następnego dnia wygrał wyścig. Belgijski weekend pokazał więc, że Kimi potrafi zostawić za sobą nieudany występ i niemal natychmiast odpowiedzieć na niego na torze. Teraz musi jednak nauczyć się być tym, którego wszyscy za wszelką cenę próbują dogonić. A presja lidera może okazać się zupełnie innym rodzajem ciężaru niż presja debiutanta.

Powrót Lewisa Hamiltona

Jednym z „goniących” i chyba aktualnie najpoważniejszym „zagrożeniem” dla Antonellego jest Lewis Hamilton. Siedmiokrotny mistrz świata, który wraca do ścigania na najwyższym poziomie, po nie do końca udanych minionych sezonach. I kiedy po debiutanckim roku w Ferrari coraz częściej pojawiały się głosy o możliwym końcu jego kariery, on powrócił na właściwe tory. Jeszcze pod koniec ubiegłorocznej kampanii z Brytyjczyka niemal „wylewała się” bezsilność i rezygnacja. Jego rezultaty były dalekie od oczekiwań, a wielu sugerowało mu wypalenie. Lewis jednak fenomenalnie wykorzystał przerwę zimową, podkreślając, że nigdy nie trenował równie ciężko i efekty przyszły niemal od razu. Jeśli dołożymy do tego odpowiednich ludzi, których zebrał wokół siebie, skuteczne innowacje wprowadzane przez Ferrari, otrzymujemy przepis na kierowcę, który jako jedyny w stawce ukończył wszystkie wyścigi w punktującej dziesiątce. Jego regularność mogła być zaskoczeniem dla wielu, a zwłaszcza dla tych, którzy sugerowali mu, żeby powoli odsuwał się w cień. Hamilton tymczasem został pierwszym kierowcą, który przełamał zwycięską passę Mercedesa, wygrywając w Barcelonie. Pomimo takich osiągnięć presja oczekiwań, zdaje się nie cichnąć. Lewis stoi w kompletnej opozycji do Kimiego – jego ogromne doświadczenie i sukcesy zestawiane są z energią młodości. Po jego stronie pozostaje konieczność udowodnienia, że jego czas jeszcze się nie skończył, że w dalszym ciągu może realnie walczyć o tytuł i po latach powrócić na stopień lidera.

Problemy George’a Russella

Kiedy Hamilton odchodził z Mercedesa, to George Russell miał zastąpić jego miejsce jako lidera zespołu. Był dużo bardziej doświadczonym kierowcą, który niejedno musiał w swojej karierze przejść, aby wywalczyć miejsce w niemieckiej ekipie. I kiedy jego partnerem został 18-letni wówczas Kimi Antonelli, nikt nie przypuszczał, że zaledwie po jednym sezonie Russell znowu stanie w cieniu zespołowego kolegi. W ubiegłym roku to Brytyjczyk był jedynym kierowcą, poza trójką do końca walczącą o tytuł, który wygrywał wyścigi, a zmiana regulacji już od początku miała sprzyjać Mercedesowi. Jeszcze przed sezonem mówiło się, że stworzyli oni samochód-rakietę, a to w połączeniu z 7-letnim doświadczeniem George’a w Formule 1, czyniło go głównym faworytem do wymarzonego tytułu. Bańka pękła jednak szybciej niż się wszystkim wydawało, bo o ile pierwszy wyścig był potwierdzeniem wszystkich domysłów – pole position i zwycięstwo po stronie Russella – o tyle kolejne zwycięstwa Kimiego postawiły Włocha w roli najpoważniejszego pretendenta do mistrzostwa. George po raz kolejny w karierze znalazł się w sytuacji, w której musiał udowadniać swoją wartość jako kierowcy i potencjalnego mistrza świata. Od pewnego momentu nic nie szło jednak po jego myśli – znacznie słabsze tempo od Antonellego, brak szczęścia przy strategii i samochodach bezpieczeństwa, DNF w Kanadzie, błędy zespołu w Monako. To wszystko sprawiło, że Russell wypadał poza podium, a niekiedy poza punkty. I kiedy zwycięstwo w Austrii przyniosło znaczącą ulgę, odpadnięcie z wyścigu w Belgii po kilku zakrętach i kolejny błąd przy procedurze startowej na Węgrzech sprawiły, że strata do lidera wynosi już 59 punktów. Postawa Brytyjczyka mówi wiele o jego nastawieniu, a sam Russell podkreśla, że jeśli dalej będzie utrzymywał taką dyspozycję, to nie ma żadnych szans na upragniony tytuł. Problemem George’a może zatem nie być próba odrobienia straty punktowej, a odzyskanie wiary w siebie i zespół, a także udowodnienie, że jest kierowcą, który ma wszystko, aby zostać mistrzem świata.

Charles Leclerc musi wejść na wyższy poziom

W kontekście „pechowców” niemal zawsze wymieniane jest nazwisko Charlesa Leclerca. To on od lat określany jest mianem „wielkiego talentu Formuły 1”, ale na jego koncie dalej nie ma najważniejszego tytułu. Przez lata musiał zmagać się z licznymi problemami, które w mediach niejednokrotnie określane były mianem „pecha”. Niefortunna strategia, brak tempa w aucie, słynna „klątwa domowego wyścigu” składają się na obraz kariery kierowcy, który musi mierzyć się z coraz większą presją zdobycia tego, co najważniejsze. Tym, co szczególnie uderza w tej historii jest fakt, że Monakijczyk od wielu sezonów wymieniany jest w roli faworyta do tytułu, a mimo tego jego najlepszym rezultatem jest drugie miejsce w tabeli kierowców w 2022 roku, ale aż 146 punktów za Maxem Verstappenem. W tym sezonie również znalazł się w tym zaszczytnym gronie, głównie ze względu na samochód przygotowany przez ekipę z Maranello. Na samym początku sezonu ponownie dały o sobie znać stare schematy – błędna strategia Ferrari przyjęta w Australii, problemy z samochodem, a w szczególności z hamulcami, nieukończenie domowego wyścigu w Monako czy w Barcelonie. U samego kierowcy zaczęła pojawiać się nerwowość i frustracja, co wyrażały jego komunikaty radiowe czy popełniane przez niego błędy na przykład w Miami czy we wspomnianej już Barcelonie. Co gorsza, kiedy występy Leclerca były coraz słabsze, w górę piął się Lewis Hamilton, który zaczął wyrastać na lidera zespołu. Przełomem mogło się okazać Silverstone, gdzie to Charles dojechał jako pierwszy na metę i w końcu mógł choć na chwilę, odetchnąć z ulgą. Problem w tym, że jedno zwycięstwo nie wystarczy, by wymazać lata rozczarowań. W drugiej połowie sezonu Charles będzie musiał więc zrobić coś, czego do tej pory nie udało mu się osiągnąć – udowodnić, że nie jest już tylko „wielkim talentem”, a realnym kandydatem do tytułu mistrza świata.

Obrońca tytułu jest jeszcze w grze

W kontekście walki o tytuł nie można pominąć również kierowcy, który sięgnął po niego w minionym sezonie. Pomimo że strata Lando Norrisa do lidera wynosi aż 91 punktów, w dalszym ciągu ma on szansę na jego obronę. I tak naprawdę nie można by było tego zakładać, aż do ostatniego wyścigu na Węgrzech. McLaren przygotował pakiet poprawek, który w końcu zadziałał tak jak powinien, a zespół był o krok od powtórzenia sukcesu sprzed roku i ukończenia wyścigu z dwójką kierowców na dwóch pierwszych miejscach. Aktualny sezon zaczął się dla Brytyjczyka koszmarnie – ogromne problemy z samochodem, brak tempa, błędna strategia, nieukończenie dwóch wyścigów z rzędu czy niemożność pojawienia się na starcie GP Chin. Wyjątkiem mogło być przebudzenie w Miami, gdzie Lando wygrał sprint, a w niedzielę był o krok od zwycięstwa w wyścigu głównym. Było to jednak chwilowe, bo potem rozpoczęła się passa DNF-ów w Kanadzie i Monako. Co szczególnie interesujące to fakt, że Lando zdawał się traktować te wszystkie porażki z ogromnym dystansem. Na wywiadach niejednokrotnie żartował i akceptował sytuację taką, jaka jest, podkreślając, że przez całą swoją karierę bardziej przyzwyczaił się do przegrywania niż wygrywania. I kiedy większość uznała, że McLaren zrobił zdecydowany krok w tył w stosunku do minionych sezonów, zespół obudził się na ostatni wyścig przed przerwą wakacyjną. To właśnie wtedy Lando pokazał być może największą dojrzałość jako kierowca – nie próbował już nikomu niczego udowadniać, tylko po prostu zrobił swoje. Szczególnie imponujący był ostatni przejazd kwalifikacyjny, gdzie wywalczył upragnione pole position o 0,012 sekundy nad Hamiltonem. Tym samym został pierwszym kierowcą w tym sezonie, który przełamał passę Mercedesów w startach z pierwszego miejsca do wyścigu głównego. W niedzielę jego komunikaty do inżyniera wyścigowego były przepełnione pewnością siebie (której w minionych sezonach często u Lando brakowało) i wiarą w zwycięstwo, czego potwierdzeniem było niezwykłe tempo i wygrana w wyścigu. Pomimo fatalnego początku sezonu Lando wciąż może być uznawany za zagrożenie dla aktualnego lidera, a fakt, że McLaren przygotowuje kolejne pakiety poprawek, może oznaczać, że dalej chcą być w grze o tytuł. Po osiągnięciu swojego życiowego celu Lando zyskał zatem ogromną pewność siebie i teraz można postawić sobie pytanie: czy wystarczy ona do odrobienia straty 91 punktów i obrony tytułu?

Podsumowanie

Pięciu kierowców, pięć różnych historii i przede wszystkim pięć różnych rodzajów presji, z którymi będą musieli zmierzyć się w drugiej połowie sezonu. Przed nami kilkanaście weekendów wyścigowych, gdzie dużą rolę będzie odgrywać nie tylko tempo samochodu, ale również to, jak każdy z nich poradzi sobie z własnymi słabościami, oczekiwaniami i presją walki o najważniejsze trofeum.

Autorką artykułu jest Aleksandra Binkowska, znajdziecie ją na TikToku – link.

Na Cyrk F1 znajduje się więcej artykułów na temat Formuły 1.